Kobietoskop

Kobietoskop

Udostępnij

Dane kontaktowe, mapa i wskazówki, formularz kontaktowy, godziny otwarcia, usługi, oceny, zdjęcia, filmy i ogłoszenia od Kobietoskop, Wroclaw.

✨Felietony, porady, przemyślenia, afirmacje, przepisy, różności...
✍️czasem coś nabazgrolę - blog: KOBIETOSKOP
🧘‍♀️instruktor jogi twarzy
🥗doradca dietetyczny
🔬biolog
🎨plastyk

30/08/2026

GRZYB SIĘ NIE CHWALI, CZYLI CO LAS SCHOWAŁ POD KAPELUSZEM🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Grzyb od lat pada ofiarą kulinarnego uproszczenia. Ledwie wysunie kapelusz ze ściółki, człowiek już przydziela mu stanowisko dodatku do sosu. To dość osobliwy awans w dół, zważywszy, że ten niepozorny organizm zawiera ergotioneinę i glutation - związki o nazwach brzmiących jak bohaterowie skandynawskiego kryminału, lecz zajmujących się ochroną komórek przed stresem oksydacyjnym.

W zależności od gatunku grzyby dostarczają również witamin z grupy B, uczestniczących między innymi w przemianach energetycznych, prawidłowym funkcjonowaniu komórek i tworzeniu krwi. Jak na organizm, który w zbiorowej świadomości mieści się gdzieś pomiędzy koszykiem a patelnią, dorobek całkiem pokaźny.

Nie dorabiajmy mu jednak leczniczej legendy: grzyb jest żywnością, nie ordynatorem oddziału. Ma swoje miejsce w urozmaiconej diecie, ale nie zastępuje rozsądku - zwłaszcza podczas zbierania. Tutaj pomyłka nie kończy się recenzją dania, lecz znacznie mniej literackim epilogiem.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

27/08/2026

ROZMNAŻAĆ SIĘ KAŻDY MOŻE, CZYLI DZIECKO TO NIE PAPROTKA Z MARKETU🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Od czasu do czasu społeczeństwo dochodzi do wniosku, że należy zainteresować się cudzym układem rozrodczym. Najczęściej dzieje się to podczas świąt, wesel, chrzcin, pogrzebów oraz innych uroczystości, na których człowiek chciałby spokojnie zjeść sałatkę jarzynową, ale zamiast tego musi zdawać egzamin ustny z jajników, nasieniowodów i planów prokreacyjnych na najbliższą pięciolatkę.

- A wy kiedy dziecko? - pyta ciocia, nabijając na widelec marynowanego grzybka i patrząc człowiekowi głęboko w macicę.

Jak to: trzydzieści lat, stała praca, dwa pokoje z aneksem, ekspres do kawy, samochód na kredyt i ani jednego potomka? Przecież to tak, jakby ktoś kupił komplet garnków, lecz bezczelnie nie ugotował bigosu. Albo postawił garaż i trzymał w nim rower. Marnotrawstwo infrastruktury!

Po przejrzeniu internetowych dyskusji doszłam do wniosku, że człowiek może nie nadawać się do prowadzenia samochodu, hodowania pitbulla, obsługi wózka widłowego ani sprzedaży zapiekanek na festynie, ponieważ do wszystkiego potrzebuje badań, zezwoleń, kursów, instrukcji i gaśnicy. Żeby natomiast powołać na świat drugiego człowieka, wystarczy wieczór lub poranek (ewentualnie środek nocy lub dnia), odrobina biologicznego entuzjazmu oraz przekonanie babci, że „jakoś to będzie”.

„Jakoś to będzie” jest zresztą jednym z najpopularniejszych modeli wychowawczych w Polsce. Zaraz obok „mnie tak wychowano i żyję” oraz „tablet mu daj, bo próbuję rozmawiać”.

Pytanie nie brzmi więc, czy każdy może zostać rodzicem. Biologia bywa pod tym względem hojna jak automat rozdający ulotki. Pytanie brzmi: czy każdy powinien?

I tu zaczyna się problem, ponieważ społeczeństwo traktuje rodzicielstwo jak kolejny poziom gry pod tytułem „Dorosłość”. Najpierw szkoła, potem praca, kredyt, ślub, dziecko, drugie dziecko, działka, grill, nadciśnienie i awantura z sąsiadem o tujki. Wszystko ma następować w odpowiedniej kolejności, niczym procesja, tylko zamiast baldachimu niesie się fotelik samochodowy i mokre chusteczki.

Na forach regularnie pojawiają się ludzie, którzy przyznają, że zdecydowali się na dzieci nie dlatego, że naprawdę pragnęli być rodzicami, lecz dlatego, że wszyscy znajomi już nimi byli, rodzina naciskała, zegar biologiczny tykał, a życie wymagało odhaczenia następnego kwadracika. Jedna z matek pisała wprost, że zawsze robiła to, co człowiek „powinien”: odpowiednia szkoła, odpowiednia praca, odpowiedni związek, a potem dziecko, bo przecież tak się robi. Dziecko okazało się jednak nie kwadracikiem, lecz całodobowym człowiekiem, który nie znika po prawidłowym wypełnieniu formularza.

To odkrycie bywa dla niektórych równie wstrząsające jak informacja, że kot z reklamy karmy nie gotuje obiadu.

Dziecko bowiem nie jest pakietem startowym rodzinnego szczęścia. Nie przychodzi z gwarancją spokojnego snu i numerem infolinii, na której konsultant powie:

- Proszę przytrzymać przycisk „drzemka” przez dziesięć sekund, a następnie zresetować trzylatka.

Nie jest też żywym medalem za prawidłowe wejście w dorosłość. Tym bardziej nie powinno być klejem do związku. A jednak wciąż można spotkać przekonanie, że para, która od trzech lat komunikuje się głównie za pomocą trzaskania szafkami, powinna „postarać się o dziecko”, gdyż potomek ich zbliży. Owszem, zbliży. Najczęściej o drugiej trzydzieści jeden, kiedy oboje pochylą się nad łóżeczkiem, próbując ustalić, kto tym razem obsługuje bąbelka. Nic tak nie cementuje małżeństwa jak wspólna bezsenność, kolka i dyskusja o tym, czy zdanie „przecież ty jesteś na macierzyńskim” można uznać za okoliczność łagodzącą podczas procesu karnego.

Dziecko nie jest żywicą epoksydową. Jeżeli związek przecieka przed jego narodzinami, po narodzinach może przeciekać nadal, tylko człowiek nie ma już czasu podstawić wiadra.

Kolejnym niezwykle szlachetnym powodem powoływania człowieka do życia jest troska o pierwsze dziecko, które rzekomo „musi mieć rodzeństwo”. Według rodzinnej komisji do spraw cudzej płodności skazany jest bowiem na egoizm, samotność i nieumiejętność dzielenia się chrupkami. Należy więc wyprodukować mu brata lub siostrę, najlepiej szybko, żeby różnica wieku nie przeszkodziła im w jednoczesnym darciu się o ten sam plastikowy traktor.

Na forach można znaleźć historie osób, które zgodziły się na drugie dziecko głównie pod naciskiem partnera albo otoczenia, po czym odkryły, że rodzeństwo nie zawsze zostaje drużyną zgodnych aniołków z katalogu odzieży dziecięcej. Czasem zostaje po prostu dwojgiem osobnych ludzi, którzy mają odmienne charaktery, potrzeby i wyjątkowo zbieżne zainteresowanie ostatnim naleśnikiem.

Rodzeństwo może być wielkim darem. Może być również osobą, której przez piętnaście lat pożyczamy bluzki bez pytania, a przez następne trzydzieści kłócimy się o podział porcelany po babci. Nie warto więc powoływać człowieka do istnienia wyłącznie po to, żeby pierwszy człowiek miał towarzystwo. Od towarzystwa są jeszcze rówieśnicy, kuzyni, pies i zajęcia z ceramiki. Żadne z nich nie wymaga porodu.

Idźmy dalej... Nieśmiertelnym argumentem pozostaje oczywiście:

- A kto ci poda szklankę wody na starość?

Ach, ta szklanka wody! Święty Graal polskiej prokreacji. Człowiek ma wychowywać potomka przez ćwierć wieku, ponieść koszty liczone w setkach tysięcy złotych, przeżyć ząbkowanie, ospę, wywiadówki i dojrzewanie, aby w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat otrzymać dwieście mililitrów kranówki. To najdroższy abonament na nawodnienie w historii ludzkości.

Dzieci nie są prywatnym ubezpieczeniem opiekuńczym. Nie rodzą się z podpisaną umową, że w zamian za pieluchy, mleczko, kaszkę i korepetycje z matematyki będą przez ostatnie dwadzieścia lat życia rodzica pełnić funkcję pielęgniarki, kierowcy, psychologa i dostawcy mineralnej. W internetowych dyskusjach dorosłe dzieci często protestują przeciwko takiemu myśleniu, przypominając rzecz dość podstawową: to rodzice zdecydowali o ich narodzinach, nie odwrotnie.

Jeszcze bardziej fascynuje mnie argument, że dziecko „nadaje życiu sens”. Naturalnie może nadać. Podobnie jak miłość, praca, sztuka, nauka, pomaganie innym, hodowanie pomidorów, ratowanie jeży albo tropienie człowieka, który od tygodnia zostawia reklamówki ze śmieciami obok osiedlowego kontenera. Problem zaczyna się wtedy, gdy dorosły nie ma własnego sensu, więc produkuje sobie małego człowieka i wręcza mu etat sensodawcy.

- Jesteś całym moim światem - mówi później matka do córki, co w romantycznym opisie brzmi pięknie, lecz w praktyce oznacza, że córka nie może wyjechać na studia do Gdańska bez wywołania rodzinnego kataklizmu, gdyż cały świat matki właśnie pakuje skarpetki do walizki.

Dziecko nie powinno być lekarstwem na pustkę, samotność, niespełnione ambicje i inne fanaberie dorosłych. Nie jest również wersją demonstracyjną rodzica, którą można zaprogramować tak, by została pianistą, lekarzem albo skoczkiem narciarskim, ponieważ tatuś w dzieciństwie miał słabe kolana, a mamusi zabrakło słuchu.

Na forach rodzice opisują innych rodziców, którzy próbują wtłoczyć dzieci w przygotowane wcześniej szablony, realizując za ich pomocą własne marzenia. Dziecko ma osiągać wyniki, zdobywać medale i rozwijać talenty, najlepiej jednocześnie, bo przecież grafik między angielskim, robotyką a tenisem ma jeszcze trzydzieści siedem minut luzu.

Potem dwunastolatek jest zmęczony jak górnik po nocnej zmianie, a rodzic mówi:

- Nie wiem, po kim on taki nerwowy.

Być może po kalendarzu Google...

Nie znaczy to oczywiście, że rodzicielstwo jest wyłącznie pasmem nieszczęść, podczas którego dorośli brodzą po kolana w klockach Lego, a ich dawna osobowość odchodzi w siną dal, machając im z autobusu. Wielu rodziców opisuje ogromną miłość, radość i satysfakcję, podkreślając jednak, że sami chcieli dzieci i byli psychicznie przygotowani na zmianę życia. I właśnie w tym tkwi sedno.

Nie róbmy z rodzicielstwa piekła, a bezdzietności nie przedstawiajmy jako nieustanne popijanie prosecco na Malediwach w białym szlafroku. Ludzie bez dzieci również mają kredyty, hemoroidy, chore koty, starzejących się rodziców i sąsiada, który wierci w niedzielę o siódmej rano. Brak dziecka nie zamienia życia w folder biura podróży. Podobnie jak jego posiadanie nie zamienia automatycznie człowieka w świętą istotę o głębokiej duszy, która odnalazła prawdę o wszechświecie między sterylizatorem a koszem na pieluchy.

Niewygodna prawda jest jednak taka, że niektórzy rodzice żałują swojej decyzji. W dwóch polskich badaniach żal z powodu rodzicielstwa deklarowało około 10,7 i 13,6 procent badanych. Wiązał się on między innymi z wypaleniem rodzicielskim, podatnością na ocenę społeczną, trudną sytuacją życiową oraz gorszym zdrowiem psychicznym i fizycznym.

Można kochać własne dziecko i jednocześnie żałować, że zostało się rodzicem. Te dwa uczucia nie wykluczają się bardziej niż miłość do kogoś i pragnienie, by przestał wreszcie mlaskać. Internetowe wyznania pokazują ludzi, którzy troszczą się o swoje dzieci, dbają o nie i nie zamierzają ich porzucać, ale gdyby mogli cofnąć czas, podjęliby inną decyzję.

Społeczeństwo nie chce tego słyszeć, ponieważ rodzicielstwo ma być krainą wiecznej szczęśliwości, w której pachnące niemowlę uśmiecha się z bawełnianego kocyka, matka ma delikatny makijaż, a ojciec w lnianej koszuli czule podaje butelkę. Nikt nie pokazuje, że pięć minut wcześniej matka płakała w łazience, ojciec szukał w internecie informacji, czy można umrzeć od niewyspania, a niemowlę zwymiotowało na psa.

Rodzicielstwo może być cudowne. Ale „może” nie znaczy „musi”, „zawsze” ani „dla każdego”. Sama zdolność do rozmnażania nie jest kwalifikacją wychowawczą. Plemnik nie jest certyfikatem kompetencji, owulacja nie zastępuje dojrzałości, a pozytywny test ciążowy nie instaluje automatycznie cierpliwości, empatii i umiejętności stawiania cudzych potrzeb ponad własnym ego.

Oczywiście nikt nie jest idealnie przygotowany. Nie istnieje rodzic, który przed narodzinami dziecka ukończył wszystkie możliwe kursy, uporządkował każdą traumę, zabezpieczył finanse do 2074 roku i osiągnął buddyjskie panowanie nad sobą podczas wylewania kakao na świeżo upraną kanapę.

Nie trzeba być idealnym.

Trzeba jednak naprawdę chcieć podjąć tę rolę. Nie dla babci. Nie dla partnera. Nie dla związku. Nie dla nazwiska, zegara, społeczeństwa, Instagrama ani przyszłej szklanki wody.

Dlatego na pytanie: „Czy każdy powinien zostać rodzicem?” odpowiedź brzmi: Absolutnie nie.

Każde dziecko zasługuje na rodzica, który naprawdę chciał zostać rodzicem. Ale żaden dorosły nie ma obowiązku tworzyć dziecka tylko dlatego, że ciocia spojrzała znacząco znad półmiska z jajkami w majonezie.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

26/08/2026

DONOSZĘ WYŁĄCZNIE Z TROSKI, CZYLI NAPOMPOWANE USTA W AKCJI🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Każda porządna plotka zaczyna się od świadectwa moralności:
- Ja się naprawdę nie interesuję cudzym życiem…
Chwilę później ta sama osoba wie już, kto wyszedł z czyjego mieszkania, dlaczego niósł sernik i co oznaczało jego spojrzenie na klatce schodowej.

Plotka nie potrzebuje solidnych fundamentów. Wystarczy jej jeden fakt - jak guzik przy płaszczu. Resztę można sobie doszyć. Zwyczajna informacja wyrusza więc w świat w płaskich butach, a po kilku rozmowach wraca w wypasionych szpilkach, w futrze, z wachlarzem i przeszłością, której nigdy nie miała.

Zadziwiające jest to, że nikt plotki nie wymyślił. Każdy jedynie „coś słyszał”, "coś przeczytał", „tak tylko skojarzył” albo „powtarza, broń Boże, bez przekonania”. Plotka jest zatem literaturą bez autora, za to z wyjątkowo licznym zespołem redakcyjnym.

Plotkarz również nie ocenia. On się martwi. Tak intensywnie, że musi poinformować kilkanaście osób, zanim troska odbije mu się na układzie krążenia.
I właśnie w ten sposób człowiek dowiaduje się, że porzucił męża w towarzystwie widowiskowej awantury, choć mąż siedzi obok, je pierogi i pyta, czy jest jeszcze słodka śmietana.

Prawda mogłaby oczywiście zażądać sprostowania. Tylko kto chciałby jej słuchać? Przyszła cichaczem, bez krzykliwego makijażu i stosu dokumentów. Plotka tymczasem podjechała limuzyną, wystawiła przez okno powiększone usta i sztuczne rzęsy oraz z wdziękiem pomachała tłumowi.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

24/08/2026

WODA NA NERWY, CZYLI CO POTRAFI PORZĄDNY SZUM🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Cisza bywa przereklamowana. W tej zupełnej człowiek po kilku minutach zaczyna słyszeć własne myśli, a nie wszystkie zasługują na bis. Co innego woda. Ona robi hałas z taką gracją, że układ nerwowy bierze go za odpoczynek.

Woda ma wiele głosów i każdy z nich inną dykcję. Deszcz wystukuje na szybach wiadomość, której na szczęście nie trzeba odczytać. Rzeka mamrocze opowieść bez fabuły i ani razu nie pyta, czy nadążamy. Morze pracuje szerokim gestem: bierze nasze „a co, jeśli…”, zamienia je w pianę i wyrzuca na brzeg tak mokre, że nie nadają się do dalszego użytku. Wodospad zaś spada bez zahamowań - może dlatego tak dobrze działa na tych, którzy przez cały dzień muszą je mieć.
Ten wodny harmider naprawdę uspokaja. Sprawy, które w czterech ścianach dudnią jak koniec świata, nad wodą tracą akustykę i okazują się co najwyżej końcem wtorku.

Woda nie rozwiązuje problemów. Rozcieńcza je do stężenia, przy którym można już z nimi wytrzymać. Odpowiedzi także nie udziela - od tysięcy lat powtarza mniej więcej to samo. A jednak człowiek słucha jej cierpliwie, choć zwykle po trzech minutach cudzego monologu zaczyna rozważać upozorowanie awarii telefonu.

Po godzinie wracamy znad wody z tym samym życiem. Tyle że problemy nie wrzeszczą nam już prosto do ucha, lecz mamroczą gdzieś na końcu korytarza.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

23/08/2026

SIERPIEŃ ZDJĄŁ NOGĘ Z GAZU. I BUTY PRZY OKAZJI🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Sierpień jest tym krewnym kalendarza, który wnosi miskę malin i od progu pyta, dlaczego znowu jemy życie nad telefonem. Trudno się obrazić, bo ma rację... i brzoskwinie. Człowiek tymczasem potrafi przeżyć całe lato jak aktualizację systemu: klikać „przypomnij później”, aż wrzesień stanie w drzwiach z teczką pełną poniedziałków.

Postanawiam więc zrobić rzecz wywrotową: przez chwilę nie być centrum zarządzania wszechświatem. Telefon kładę ekranem do stołu. Idę boso po trawie, która - o dziwo - istnieje bez aplikacji, abonamentu i kodu rabatowego. Gdzieś po drodze zjadam malinę prosto z krzaka. Ma więcej treści niż połowa internetu, a przy tym nie żąda zaakceptowania plików cookie.

Sierpień wcale nie próbuje zrobić ze mnie człowieka z reklamy jogurtu - odzianego w len, medytację i trawienie bez zarzutu. Chce tylko, żebym choć raz nie przegapiła własnego dnia podczas sprawdzania, co robią cudze.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

21/08/2026

ROŚLINNY SOR, CZYLI GOŹDZIK WZYWA LAWENDĘ NA KONSULTACJĘ🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Ból jest lokatorem bez umowy. Wprowadza się nagle, rozstawia walizki w skroniach, urządza potańcówkę w kręgosłupie albo próbuje grać na macicy jak na akordeonie - wyłącznie repertuar dramatyczny i bez zgody właścicielki.

Wtedy zgłasza się zielona ekipa. Lawenda ścisza megafon napięcia, imbir bierze obolałe mięśnie na poważną rozmowę, a rumianek zna comiesięczne przedstawienia organizmu tak dobrze, że mógłby sprzedawać bilety. Goździk, choć wygląda jak pinezka po przejściach, od pokoleń robi za podręcznego ochroniarza zębów i głowy. Kurkuma natomiast wkracza do laboratoriów w swoim pomarańczowym płaszczu i najwyraźniej nie zamierza być już tylko przyprawą.

Nie proponuję, oczywiście, leczenia wszystkiego zawartością szuflady z przyprawami, bo od tego już tylko krok do nastawiania kręgosłupa wałkiem do ciasta. Silny, nietypowy lub powracający ból należy zanieść do lekarza, zamiast przykrywać go bukietem z zielska. Zielnik może wspierać medycynę, lecz nie powinien się za nią przebierać.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

20/08/2026

ZJEM KORZEŃ I WRACAM DO ŻYCIA, CZYLI BOTANIKA W SŁUŻBIE PRZEMĘCZONEGO NARODU🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Współczesny człowiek nie odpoczywa, ponieważ odpoczynek wygląda podejrzanie: nie ma składu, barwnego opakowanka, dawkowania ani kodu rabatowego. Człowiek się zatem wspomaga. Najchętniej czymś, co ma korzeń przypominający starą marchewkę, nazwę brzmiącą jak stanowisko w dalekim ministerstwie i obietnicę, że po dwóch kapsułkach znów będzie chciało mu się żyć, pracować, ćwiczyć oraz uprzejmie odpowiadać ludziom, których sam dodał do znajomych.

Ashwagandha ma go uspokoić, maca postawić na nogi, różeniec wyjaśnić mu, że poniedziałek nie jest chorobą przewlekłą, a żeń-szeń zapobiec popołudniowej przemianie człowieka w szlafrok. Yerba mate zachowuje się w tym towarzystwie najuczciwiej: przynosi kofeinę i nie obiecuje, że przy okazji uporządkuje nam dzieciństwo.

Rośliny mogą wspierać, lecz nauka wystawia im bardzo różne opinie, a z lekami potrafią wejść w układy, o których pacjent dowiaduje się jako ostatni. Przewlekłe zmęczenie wymaga więc ustalenia przyczyny, nie konkursu na najbardziej obiecujący korzeń.

Dziwny z nas gatunek: miesiącami hodujemy zmęczenie, a później zamawiamy na nie roślinę do paczkomatu.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

19/08/2026

APTEKA POD PŁOTEM, CZYLI ZANIM ZDROWIE MIAŁO KOD KRESKOWY🟣🔵🔴🟠🟡🟢
Kiedyś zdrowie nie stało równiutko na podświetlonej półce. Plątało się po miedzy, suszyło na strychu, kisiło w beczce i bywało nieuprzejmie kolczaste. Kto chciał skorzystać z apteki, musiał najpierw znaleźć właściwe zielsko.

Zielarska wiedza wędrowała z ręki do ręki, poplamiona, dopisana na marginesach pamięci. Czasami była zadziwiająco trafna, innym razem tak fantazyjna, że dzisiejsza medycyna zakładałaby rękawiczki już przy samym słuchaniu. Miała jednak oczy. Wiedziała, co rośnie za stodołą, kiedy zbierać kwiat bzu i że pokrzywa nie jest wyłącznie roślinną wersją złego charakteru.

Dawna apteczka miała swoje mądrości i swoje gusła - jak każda epoka, tyle że nasze gusła przychodzą dziś w elegantszych pudełkach. Zielnik warto czasem otworzyć choćby po to, by przypomnieć sobie, że świat nie zaczął się od blistra, a wiedza nie zawsze nosiła identyfikator na smyczy.

Leczeniem niech zajmuje się medycyna. Roślinom moglibyśmy przynajmniej oddać nazwiska. Ile można mieszkać obok kogoś przez całe życie i przedstawiać go jako „to zielone przy drodze”?

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

17/08/2026

LIZODUP POSPOLITY, CZYLI JAK WEJŚĆ BEZ WAZELINY🟣🔵🔴🟠🟡🟢
W każdej branży znajdzie się ktoś, kto z radością, pełnym zaangażowaniem i niemal misyjnym oddaniem pełni funkcję lizodupa władzy. Stanowiska takiego nie ma wprawdzie w oficjalnym wykazie zawodów, ale obsada zawsze jest pełna, a przed gabinetem szefa nieraz ustawia się kolejka chętnych. Widocznie niektórzy już od dziecka marzą, by zawodowo przytakiwać, otrzepywać cudze płaszcze i zginać kręgosłup w miejscach, w których zwykły człowiek ma jeszcze kręgi.

Lizodup pospolity charakteryzuje się pozornie miłym usposobieniem. Jego serdeczność działa jednak na fotokomórkę: uruchamia się, gdy w drzwiach pojawia się szef albo któryś z jego zastępców. Wtedy twarz lizodupa rozświetla się jak witryna sklepu przed Bożym Narodzeniem, źrenice nabierają urzędowego blasku, a język sam szuka powierzchni roboczej.

Wazelinki nigdy dość. Szef opowie dowcip? Lizodup zanosi się śmiechem, jakby właśnie usłyszał coś, przy czym Monty Python może zamknąć interes i zatrudnić się przy sortowaniu cebuli. Nieważne, że dowcip ma trzydzieści lat, brodę do pasa i puentę z „Familiady”. Szef powiedział - śmieszne. Szef powtórzył - jeszcze śmieszniejsze. Szef pomylił puentę - awangarda!

Szef kupi nowy płaszczyk? Lizodup zachwyci się krojem, kolorem, guziczkami, podszewką oraz sposobem, w jaki materiał podkreśla jego przywódczy charakter. Przy okazji strzepnie z ramienia pyłek, którego nie dostrzegłby nawet mikroskop elektronowy. Nigdy przecież nie wiadomo, czy właśnie ten pyłek nie stoi na drodze do premii.

Każdy pomysł, który wykluje się w łepetynie szefa, spotyka się z natychmiastowym aplauzem. Nawet jeśli jest równie rozsądny jak gaszenie pożaru benzyną. Lizodup nie pyta, nie wątpi, nie analizuje, bo jeszcze, nie daj Boże, doszedłby do własnych wniosków. A własne zdanie to w jego fachu zbędny balast, coś jak kręgosłup albo poczucie wstydu. Jeżeli szef oznajmi, że czarne jest białe, lizodup nie będzie się sprzeczał. Pobieg­nie po wybielacz.

Osobną specjalnością są wyszukane komplemenciki łechcące szefowskie podniebienie. Lizodup ma przygotowany cały wachlarzyk słów uwielbienia i odbezpiecza je przy każdym spotkaniu: znakomity pomysł, doskonała decyzja, genialna organizacja, przepiękna prezentacja, cudowna fryzura. Gdyby szef przyszedł do pracy w worku po ziemniakach, lizodup dostrzegłby w tym odważne nawiązanie do światowych wybiegów oraz głęboki szacunek dla polskiego rolnictwa.

Prawdziwy lizodup nie ogranicza się jednak do pochlebstw. Pełni także funkcję zakładowego monitoringu, tyle że zamiast kamer ma uszy, a nagrania przechowuje we własnej gębie. Ma słuch absolutny do cudzych potknięć i zadziwiająco wybiórczą głuchotę wobec własnych. Wyłapuje wszelkie niusy zasłyszane na korytarzu, w pokoju socjalnym, przy ekspresie do kawy i w toalecie, po czym zanosi je przełożonemu niczym polski rolnik wieniec dożynkowy pod sam ołtarz.

Oczywiście lizodup nie donosi. Skądże znowu! On tylko „przekazuje informacje”, „sygnalizuje problem” albo „dzieli się pewną obserwacją”. Donosicielstwo źle brzmi, natomiast troska o dobro zakładu od razu pachnie premią. Przecież nie zaszkodzi mimochodem wspomnieć, że pani Zosia spóźniła się siedem minut. Albo że pani Stasia jest wprawdzie na L4, ale widziano ją w sklepie osiedlowym, jak bez kul, respiratora i księdza z ostatnim namaszczeniem buszowała między nabiałem a chemią gospodarczą. Lizodup wie nawet, co miała w koszyku: żółty ser, płyn do naczyń, trzy banany i dwa pączki. Pączki szczególnie obciążają panią Stasię, gdyż jak powszechnie wiadomo, człowiek naprawdę chory odżywia się wyłącznie watą, leży nieruchomo pod kołdrą i nie opuszcza łóżka nawet w razie pożaru.

Swoje osiągnięcia, choćby wymagały jedynie przełożenia segregatora z lewej strony biurka na prawą, lizodup przedstawia z takim namaszczeniem, jakby właśnie uratował firmę przed bankructwem, wynalazł prąd i jeszcze po drodze ugasił pożar gołymi rękami. Jeżeli przesunął doniczkę, to nie przesunął doniczki - zoptymalizował przestrzeń wspólną. Jeżeli wysłał trzy maile - koordynował wieloetapową komunikację. Jeżeli kichnął - usprawnił obieg powietrza w pomieszczeniu.

Kiedy inni pracują, lizodup przede wszystkim pilnuje, żeby szef wiedział, że on pracuje. Najlepiej głośno, widowiskowo i w bezpośrednim sąsiedztwie gabinetu. Cudzy sukces potrafi schować do kieszeni, za to własne kichnięcie oprawi w ramkę i powiesi na głównym korytarzu.

Lizodup podziela również zainteresowania przełożonego. Szef chodzi na fitness? On właśnie planował kupić karnet. Szef gra w squasha? Cóż za zbieg okoliczności, rakieta już jedzie kurierem! Szef zaczyna morsować? Lizodup od dziecka czuł niewytłumaczalny pociąg do przerębli. Gdyby szef zainteresował się hodowlą jedwabników albo kolekcjonowaniem zasuszonych odwłoków chrząszczy, lizodup prawdopodobnie odkryłby, że jest to jego pasja wyniesiona jeszcze z domu rodzinnego.

A potem zupełnym przypadkiem spotykają się na siłowni, zakupach, korcie albo weekendowym wyjeździe. Przypadek, oczywiście. Równie niewinny jak lis zatrzaśnięty nad ranem w kurniku z piórami między zębami. Każda okazja jest dobra, żeby ogrzać się w blasku władzy, potrzymać ją za łokieć i podkarmić świeżą porcją wazeliny.

Nigdy nie byłam, nie jestem i nie będę lizodupem! Nie dlatego, że jestem istotą krystaliczną, wolną od wad i od urodzenia świeci mi nad łbem aureola. Wad mam sporo, niektóre w stanie bardzo dobrym, niewiele używane - mogę odstąpić. Akurat wazeliniarstwa natura mi poskąpiła. Najwidoczniej w pakiecie startowym zabrakło funkcji służbowego pełzania. Wazelina wywołuje u mnie mdłości, a widok dorosłego człowieka składającego kręgosłup na pół w nadziei na premię działa na mój układ trawienny szybciej niż śledź popity ciepłym mlekiem.

Nie potrafię lukrować rozmowy z szefem lukrem, którym później sama bym się udławiła. Nie umiem piać z zachwytu nad każdym pomysłem tylko dlatego, że przyszedł z góry. Z góry spadają również cegły, doniczki oraz ptasie g***o, a przecież nikt rozsądny nie urządza im z tego powodu owacji na stojąco.

Mam świadomość, że na tym tracę. Jestem tym pracownikiem, który bywa „beee”, rzuca się szefowi w oczy w niewłaściwy sposób i nie wchodzi w wiadomo co - ani z wazeliną, ani na sucho. Moja gęba ma zresztą paskudny zwyczaj uruchamiać się chwilę przed instynktem samozachowawczym. Zanim rozsądek zdąży krzyknąć: „Milcz, kobieto, premia!”, prawda stoi już na środku pokoju, rozebrana do majtek i pokazuje wszystkim to, co miało pozostać pod służbowym dywanem.

A już uchowaj cię opatrzności przed powiedzeniem prawdy w obecności szefa! Za prawdę dostaje się po dupsku, a później jeszcze sprawdzają, czy równo puchnie. Bo jak śmiałeś wywalić na światło dzienne coś, co widzieli wszyscy, ale dla świętego spokoju zgodnie udawali, że nie istnieje? Prawda w miejscu pracy przypomina pierdnięcie podczas uroczystego zebrania: każdy wie, że się pojawiła, wszyscy odczuwają skutki, ale nikt nie chce wskazać źródła. A już na pewno nikt nie życzy sobie osobnika, który nagle wstanie i powie:

- Tak, śmierdzi. I chyba wiem skąd.

Lizodup oczywiście też czuje. Tyle że on pierwszy zakryje nos i oznajmi, że powietrze jest wyjątkowo rześkie, a podobna woń dowodzi znakomitego zarządzania wentylacją.

I tu rodzi się pytanie: jak głodny pochwał, zakompleksiony albo zwyczajnie głupi musi być szef, który łakomi się na lukier czy wazelinę tak podrzędnej jakości? Czy naprawdę nie słyszy, że każdy komplement lizodupa ma metkę, cenę i termin płatności? Gdzie podziała się jego inteligencja, zdolność oceny ludzi i cały ten rzekomy talent do zarządzania, skoro hołubi fałszywą gębę wazeliniarza, a nie potrafi dostrzec wartości pracowników, którzy naprawdę wykonują swoją robotę?

G***o też można zawinąć w złoty, błyszczący papierek. Będzie leżało na biurku i wyglądało jak pralinka z drogiej bombonierki. Świeci się? Świeci. Ładnie wygląda? Jeszcze jak! Dopóki ktoś nie rozwinie papierka. Wtedy szybko wychodzi na jaw, że opakowanie było jedyną reprezentacyjną częścią całego przedsięwzięcia. Ale niektórzy szefowie najwyraźniej nie mają węchu. Ważne, że papierek pasuje do wystroju gabinetu.

Wazeliniarstwo jest zresztą świetną formą manipulacji, szczególnie skuteczną wobec ludzi zakompleksionych, niepewnych siebie albo takich, którzy sami wspinali się po szczebelkach kariery, rozsiewając lizusostwo niczym wirusa grypy w szczycie sezonu. Kto sam wlazł na stołek po cudzych plecach, ten później uważa ukłony za naturalny element wyposażenia biura.

Do tanga trzeba dwojga. Do wazeliniarstwa również: jednego na kolanach i drugiego, któremu ta pozycja wyjątkowo schlebia. Bez próżnego, łasego na komplementy szefa lizodup byłby tylko człowiekiem wykonującym dziwne ruchy językiem. Dopiero władza nadaje jego działalności sens, kierunek oraz system premiowy.

Każdy lizodup ma więc swojego szefa, ale nie każdy szef musi sobie lizodupa hodować. Niektórzy jednak hodują. Dokarmiają pochwałami, podlewają przywilejami, wystawiają do światła i z dumą obserwują, jak toto pnie się po cudzych pleckach.

A potem są wielce zdziwieni, że otaczają ich sami giętcy, śliscy i potakujący, za to ani jednego człowieka z kręgosłupem.

Z pozdrowieniami - Ewka 🙂

Chcesz aby twoja firma była na górze listy Gabinet Kosmetyczny w Wroclaw?
Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Adres


Wroclaw